Dr Bartosz Wawrzynów

Absolwent Międzywydziałowych Interdyscyplinarnych Studiów Matematyczno-Przyrodniczych (MISMaP) Uniwersytetu Warszawskiego. Stopień doktora uzyskał w temacie analizy strukturalno-funkcjonalnej białek na Uniwersytecie w Edynburgu. Ponad 15-letnie doświadczenie badawcze w sektorze biotechnologii medycznej zdobywał w polskich i zagranicznych instytucjach, w tym IBD PAN, MIBMiK, IBB PAN, Northwestern University oraz Cancer Research UK. Ekspert w zakresie transferu technologii w biotechnologii leków i medycynie molekularnej. Tworząc spółki typu spin-off, współpracował z kluczowymi przedstawicielami branży farmaceutycznej.

Obecnie w zespole spółki FNP Alfa odpowiada za wsparcie procesu komercjalizacji projektów naukowych z wykorzystaniem funduszy VC. Ceni sobie sieciowanie i otwarty dialog. Wyznaje zasadę, że startup powinien być tymczasową organizacją zaprojektowaną do wyszukiwania powtarzalnego i skalowalnego modelu biznesowego.

PD: Jeszcze jakiś czas temu planowałeś zupełnie inną ścieżkę kariery – zarówno w Polsce, jak i w Szkocji, zajmowałeś się „typowo naukowymi” sprawami. Co było przedmiotem Twoich zainteresowań badawczych? Czy zechciałbyś przybliżyć nam swoją ścieżkę kariery naukowej?

BW: Już od liceum chciałem robić coś związanego z nauką, bardzo podobało mi się wylewanie żeli, pipety, wszystkie elementy laboratoryjne i związana z tym atmosfera. Być może jestem skażony rodzinnie – mama jest naukowcem, byłem od dziecka częstym gościem w laboratoriach, oczywistym wyborem była dla mnie praca w wet-labie. Myślałem o studiach za granicą, dlatego mam maturę międzynarodową. Ostatecznie jednak podjąłem studia w Polsce, bo nie byliśmy jeszcze wtedy w Unii Europejskiej, a studia w wymarzonej Anglii były zupełnie poza budżetem. 

PD: Wróciliśmy do tego samego punktu – dzisiaj, po Brexicie, studia w Anglii to znowu astronomiczny wydatek, co przekreśla marzenia bardzo wielu młodych i zdolnych ludzi. Wybrałeś Gdańsk, jaki kierunek studiów?

BW: Gdańsk, studia biotechnologiczne typu MIS-MaP, chociaż wtedy to się tak jeszcze nie nazywało. Ale byłem bardzo zawiedziony, nie tego się spodziewałem. Wyłącznie teoria, teoria i teoria! Suche odtwarzanie wiedzy, bez elementu analizy, myślenia, czy praktyki. Robiłem wszystko, aby wyjechać, móc robić praktycznie to, czego w Polsce uczyłem się tylko w teorii. Sam szukałem sobie możliwości wyjazdu, aktywnie, nie zrażając się odmowami. Po I roku studiów przeniosłem się do Warszawy z uwagi na moich przyjaciół z LO…

PD: Zmieniłeś uczelnię i miasto ze względu na przyjaciół? To naprawdę wyjątkowe! Ale zaraz, w Trójmieście jest taka bardzo słynna szkoła, które słynie z bardzo wysokiego poziomu nauczania i otwartej atmosfery. Wielu absolwentów tego liceum ląduje później na uniwersytetach Ivy League czy Oxbridge, to o niej mówimy?

BW: Tak, dokładnie. 3 LO, słynne miejsce. Ale nie tylko przyjaciele – zafascynowała mnie również idea powstającego kampusu na Ochocie, wszystko obok siebie, i wydział chemii, i wydział biologii, i jeszcze szpital, kliniki uniwersyteckie etc. Bardzo dobra perspektywa, myślałem, że to będzie gwarancją wyższego poziomu nauczania i może mniejszej ilości teorii. Trochę się zawiodłem, chociaż było lepiej. Coraz mocniej chciałem jednak wyjechać. Pisałem do profesorów zagranicznych, pytałem o interesujące mnie białka czy prowadzone przez nich eksperymenty, czytałem abstrakty na konferencjach, właściwie wszystko, jakiekolwiek sposoby, które umożliwiałyby mi nauczenie się czegoś nowego. 

PD: I wreszcie się udało? Ktoś odpisywał, ktoś zaprosił Cię do swojego labu za granicą? Mogłeś praktycznie testować zdobywaną w Polsce wiedzę teoretyczną? 

BW: Zaskakująco często ludzie mi odpisywali i chętnie dzielili się swoją wiedzą, co bardzo mnie motywowało. Tak wylądowałem w labie zagranicznym, w czasie wakacji, aby pracować na modelu C. elegans. Jako student z niewielką wtedy jeszcze wiedzą i właściwie zerową praktyką, ogromnie szczęśliwy, pracowałem nad agregacją białek m.in. w modelu przebiegu choroby Huntingtona. To było laboratorium pod Chicago, a więc od razu na głęboką wodę, USA. I nie ukrywam, wróciłem odmieniony, szczęśliwszy. Dostałem nawet niewielką zapłatę za swoją pomoc, czego zupełnie się nie spodziewałem! Jako student-technik pracujący tam jedynie we wakacje, naprawdę inna jakość. Ale nie narzekam też na Warszawę, tutaj po prostu inaczej wciąż się nauczało. Ciągle teoria była podstawą, choć dzięki temu odkryłem na przykład chemię kwantową, była świetnie w prowadzona w Warszawie. 

PD: Chicago pozostało? Czy już każde wakacje spędzałeś w tym właśnie labie, czy może ciągnęło Cię odkrywanie również i innych miejsc? 

BW: Takie wyjazdy zagraniczne robiłem już co roku, w różne miejsca, ale najbardziej lubiłem jeździć do Northwestern University w miasteczku Evanston pod Chicago. Zdarzyło się mi być na Uniwersytecie w Utah oraz w Baltimore w Jonhs Hopkins, ale wspominam te miejsca bardziej odległo. Bez wątpienia to właśnie Northwestern najwięcej mnie nauczyło, i to nie tylko naukowej praktyki. Niezwykli byli zwłaszcza ludzie, a najwięcej było ich właśnie we wakacje: przychodzili pomagać i uczyć się zarówno studenci czy licealiści, jak i naukowcy. Tak, nawet licealiści mogli przychodzić i uczyć się, to było bardzo odmienne od polskiej rzeczywistości. Ja natomiast miałem konkretne zadanie do wykonania i wszystko było do mojej dyspozycji. Zadanie miało być wykonane. To również rzadko występuje w Polsce, nawet dzisiaj. Do tego uparłem się, że chcę mieć publikację z magisterki, taką prawdziwą, typu wet-lab. I dałem radę, ale zajęło mi to ogromnie dużo czasu. 

PD: Gratulacje! To nie mogło być prostym zadaniem. Nadal nie jest. To wszystko, o czym mówisz, pokazuje również inne pozytywne zjawisko, którego bardzo brakuje w Polsce: rzadko spotykaną tutaj relację uczeń-mistrz. Jeśli jesteś mistrzem, czujesz się mistrzem, masz już duże doświadczenie i pewien osiągnięty poziom swoim kompetencji, starasz się oczywiście rozwijać nadal, bo w nauce nie wolno się zatrzymywać. Ale jednocześnie przekazujesz swoją wiedzę kolejnym pokoleniom. Pozwalasz im się uczyć i popełniać błędy, decydować. 

BW: Trafiłem na takich mistrzów, choć zwykle poza Polską. Jeżeli dobrze pamiętam to nie było w Cold Spring Harbor tylko jednej z tematycznych konferencji EMBO, tak to właśnie tam dostałem niespodziewanie propozycję doktoratu w Edynburgu. Spodobało mi się i tym sposobem wylądowałem w Szkocji. Moim nowym miejscem pracy był lab kliniczny w ramach sieci współpracy Uniwersytetu w Edynburgu oraz Cancer Research UK, co było o tyle ciekawe dla mnie, że pacjenci byli tuż obok. To dawało poczucie sensu wykonywanej pracy, naprawdę motywowało. A sam lab był mocno biochemiczny, to były czasy małych cząsteczek, więc były rozmaite fantastyczne i nowe dla mnie urządzenia i „zabawki” nastawione na wysoką przepustowość i automatyzację. Bardzo pociągające. Jeśli jednak mam być szczerzy, to nie wiedziałem jeszcze, co chcę robić po doktoracie. Praca w laboratorium to bardzo trudna praca, bo najczęściej założone rzeczy nie wychodzą, trzeba być cierpliwym, wytrwałym, nie zniechęcać się. Nie wiedziałem jednak, czy mogę robić cokolwiek innego. To właśnie wtedy usłyszałem pierwszy raz o „knowledge transfer partnerships” i pomyślałem, że ja to chcę robić! 

PD: A co to takiego? 

BW: Ja również na początku nie wiedziałem. Zaintrygował mnie transfer technologii z akademii do biznesu, do przemysłu, od razu do praktyki. To było ciekawe, nowe, pociągało mnie. Aspekt praktyczny i szybkie wdrożenie odkryć i nowych pomysłów adresujących konkretne problemy w przestrzeni. To również był moment, gdzie zobaczyłem idealną synergię bioinformatyków z chemikami (katalizowaną cotygodniowym wspólnym piwem) – gdzie ci pierwsi pokazywali swoje wyniki, a ci drudzy zwykle mówili: „ja tego nie zrobię, za dużo etapów, strat, w życiu tego nie zsyntetyzuję!” A potem była merytoryczna, otwarta dyskusja, po której podejmowana była decyzja. Wszystkich jednoczył wspólny cel. Dla mnie z formalnego punktu widzenia wszystko po kolei zaczynało się składać, a wtedy w UK dało się również patentować algorytmy. To sprawiło, że przez pewien czas pracowałem też w innych miejscach, w tym również w Cambridge czy w Londynie. Niestety, to również sprawiło, że miałem zw. dziurę publikacyjną, co jest niemile widziane w akademickim świecie. Taka brutalna rzeczywistość. Zdałem sobie sprawę, że mogę nie być przyjęty na post-docka z tego powodu, a to były czasy, gdy H2020 dopiero raczkował. 

PD: Czyli jednak praca naukowa wciąż była na Twoim celowniku, nie porzuciłeś tej idei?

BW: Nie wiem czy kiedykolwiek naprawdę pożegnam się z nauką. Wtedy udało mi się zaczepić w Międzynarodowym Instytucie Biologii Molekularnej i Komórkowej w Warszawie, a moim celem badawczym było słynne p53 i białka opiekuńcze, tak zwane chaperony. Z tego okresu mam kilka ciekawych prac i bardzo dobrze wspominam tą pracę. Jednak zdałem sobie wtedy sprawę, że ja nie chcę być post-dockiem, a w dalszej perspektywie wcale nie chcę mieć swojej grupy. Czyli tradycyjna kariera akademicka nie była dla mnie. Wiedziałem już więcej niż parę lat temu, miałem szersze perspektywy. Wiedziałem, że interesuje mnie wprowadzenie modelu amerykańskiego, aby core facilities zarabiały na siebie. Próbowałem od razu, ale nigdy mi się to nie udało. Umowy były tak skonstruowane, że to po prostu nie było możliwe. Ale to nie był stracony czasu, uporządkowałem wreszcie swoje życie prywatne, które wcześniej cierpiało, i to było moje źródło radości. I jakoś wtedy, na jakimś korytarzu, pewnego dnia padł pomysł zajęcia się wsparciem polskich innowatorów z ramienia Fundacji na rzecz Nauki Polskiej. Wspieranie naukowców po tranzycji, dosłownie, czyli takich, którzy chcą wokół swojego pomysłu zbudować biznes, natychmiast wdrożyć swoją innowację. To było to.  

PD: I tym sposobem z naukowca zostałeś brokerem komercjalizacji, innowacji. Niesamowicie skomplikowana nazwa stanowiska, ale pewnie oddaje też wyjątkowy poziom skomplikowania Twojej obecnej pracy? 

BW: Nawiązując do nauki raz jeszcze i do tego, co robiłem naukowo w przeszłości, czasem czuję się właśnie jak taki molekularny chaperon. To właśnie moje zadanie, bycie pomocą dla innowatorów. Geografia w dużej mierze wyznacza moje działania, choć są wyjątki. Generalnie pomagam w komercjalizacji pomysłu, odkrycia, wynalazku. 

PD: Czy to satysfakcjonująca ścieżka życiowa, czy raczej bardzo trudna i pełna ryzyka? 

BW: Nie robiłbym tego, gdy nie sprawiałoby mi satysfakcji. Satysfakcja przychodzi jednak o wiele szybciej niż w akademii, rzeczy dzieją się o wiele sprawniej. Masz realny wpływ na to, co się dzieje, znajdujesz ludzi, grupy, pomysły, z którymi masz ochotę dalej pracować. To jest szalenie interesujące i wysoce efektywne. 

PD: Jakimi kryteriami kierujesz się, gdy wybierasz start-upy, którym chcesz pomóc?

BW: W „opiece” jest ich prawie 60 w tym momencie. Głównym moim kryterium jest kompatybilność mojego „toolboxu” z ich problemami, czyli mówiąc jaśniej: czy ja jestem w stanie rozwiązać ich problemy? Czy mogę im realnie pomóc a jednocześnie niczego nie popsuć. Wbrew pozorom tutaj bardzo łatwo jest przeszkadzać zamiast przynosić pomoc, bo naukowy start-up z definicji nagina rzeczywistość i nie wolno tej trajektorii zaburzać. Moja pomoc nie może być zatem destruktywna dla tej konkretnej grupy ludzi, ale pojawiam się wtedy, gdy pojawia się problem, który mogę pomóc rozwiązać. 

PD: Co sprawiło, że zdecydowałeś się zaangażować akurat w działalność MNMu?

BW: CEO Paweł Zawadzki był już beneficjentem FNP, jednym z pierwszych naukowców, którzy wykorzystali środki fundacji przeznaczone na komercjalizację w racjonalny sposób. Do tego Paweł to charyzmatyczny i godny zaufania lider. Poznaliśmy się na panelu naukowym potem, chwilkę później na konferencji, przy posterze, zapamiętałem te rozmowy. Tranzycja odkryć naukowych na coś szerszego to bardzo trudna rzecz. Do tego jeszcze analiza danych, algorytmy przyszłości. To wszystko mnie przekonało, a wisienką na torcie byli zgromadzeni przez start-up ludzie. Bo zespół jest podstawą, zawsze.  

PD: Czy Twoim zdaniem środowisko w Polsce sprzyja powstawaniu i rozwojowi start-upów, zwłaszcza tych z branży medyczno-biotechnologicznej? 

BW: To bardzo złożone pytanie. Powiedziałbym: trzymajmy się start-upów wysoko technologicznych. Z problemów, które zauważam, nie ma w Polsce dopasowania inwestor-startup, ani start-up – rynek. Czyli relacje tworzą się często w sposób przypadkowy, wręcz chaotyczny. Do tego wsparcie uczelni, które powinny stawiać na młodych innowatorów, wspierać. 

PD: Jakiej rady udzieliłbyś tym, którzy dopiero myślą o założeniu start-upu, którzy dopiero przymierzają się do postawienia pierwszych kroków w naukowym biznesie? Czy istnieją jakieś “najczęściej popełniane błędy” wśród polskich entrepreneurs? 

BW: Budowanie zespołu, do którego masz zaufanie, to ogromnie istotna rzecz, wspieranie ich. Start-up to zespół, tego nigdy nie robi się w pojedynkę. Zanim pomyślisz o zakładaniu start upu, poznaj ten system, podróżuj, pytaj, szukaj nisz w których najłatwiej ci będzie wskazać powtarzalny model biznesowy. Odrób lekcję, naucz się, jedź na konferencję. Koniecznie poza Polską. Tak naprawdę nie ma jednej, uniwersalnej ścieżki ani listy porad. Sukces to złożenie wielu czynników, a do tego oczywiście szczęście, jak zawsze. Nie wolno się poddawać, zniechęcać. Uparte dążenie do celu, wytrwałość, ale jednocześnie otwartość na zmiany, plastyczność, zdolność do pivot-ów. Co jest sukcesem dla Ciebie? Czy technologia, która rozwiązuje jakiś konkretny problem, czy może granty naukowe i rozwiązywanie wielu kolejnych, mniejszych problemów, czy może szybki horyzont zysku? Innowacja to dla mnie iloczyn: wynalazek (bądź innowacja) razy wdrożenie. Zatem również dogłębne rozumienie rynku, również aspekt ludzki, dopasowanie do ekosystemu, w którym się poruszamy. Pamiętajmy, że to, co chcemy wdrożyć, musi rozwiązywać jakiś konkretny problem, kreować mierzalną wartość, wpisywać się w istniejące potrzeby ludzi. Co z tego, że będziemy mieć najlepsze nawet rozwiązanie technologiczne, jeśli nikt nie będzie z niego korzystał? 

Z Bartoszem Wawrzynowem rozmawiała Paula Dobosz.

Więcej aktualności