IMIĘ I NAZWISKO:
Paweł Zawadzki

STANOWISKO:
Chief Executive Officer

KP: Skąd się wzięła i co oznacza nazwa MNM Diagnostics?

PZ: MNM oznacza “Mutations No More” i to właściwie bardzo dobrze opisuje moje marzenie, które MNM miał realizować, ale od początku…. Całe życie zajmowałem się mechanizmami naprawy DNA oraz mutacjami, które przez to, że przyczyniają się do rozwoju różnych chorób, postrzegane są jako coś bardzo szkodliwego. I z jednej strony to jest prawda, ale nikt nie zwraca uwagi na tą drugą stronę. Wykonując diagnostykę i odczytując te mutacje okazuje się, że są one bardzo informatywne – stanowią podstawę do podejmowania racjonalnych decyzji terapeutycznych przez klinicystów. Stąd to, co na początku działało przeciwko pacjentowi, teraz działa na jego korzyść. I tym obecnie się zajmujemy.

Jednak wracając do mojego marzenia. Istnieje hipoteza, że można zatrzymać procesy mutacyjne, przez co ludzka komórka nigdy nie nabędzie żadnej mutacji. A to by oznaczało, że nikt nigdy nie zachoruje na raka. Crazy, prawda? Jeszcze przed powstaniem MNM’u, jako pracownik akademicki stwierdziłem, że to jest to, na co chciałbym poświęcić całe swoje życie. Stąd też nazwa “Mutations No More” i choć koncept się zmienił, nazwa została. Dziś ten koncept jest na pograniczu science-fiction a reality i nie da się zrobić firmy, która będzie się tym zajmować. Ale… W sytuacji, kiedy MNM już będzie naprawdę dobrze prosperował i rzeczywiście każdy pacjent onkologiczny będzie korzystał z naszej całogenomowej diagnostyki, to będzie dobry moment, by zacząć to marzenie namacalnie spełniać. Nie mogliśmy tych pomysłów odwrócić, bo tutaj też ważny jest czas. Realizacja obecnej misji MNM’u wymaga zdecydowanie mniejszej ilości czasu niż potrzeba na potwierdzenie tej hipotezy. Ale tak jak wspomniałem – nie rezygnuję z niej. Czekam na odpowiedni moment. 

KP: Mógłbyś opowiedzieć nam historię założenia firmy – od czego się zaczęło, jakie były pierwotne założenia i obecny kierunek działań?

PZ: Pomysł założenia firmy, która będzie wykonywała diagnostykę całogenomową dla każdego pacjenta onkologicznego narodził się w momencie, w którym mój tata zachorował na nowotwór. I wtedy zobaczyłem, jak naprawdę wygląda diagnostyka genetyczna
w rzeczywistości – bardzo, bardzo źle. To był moment, w którym zdałem sobie sprawę, jak duża jest przepaść i jak wiele technologii brakuje w klinice, a jaka jest stosowana przez naukowców. Jedną z takich rzeczy jest sekwencjonowanie całego genomu (ang. whole-genome sequencing, WGS). Co prawda wykonywało się i nadal wykonuje panele wybranych kilku genów, ale WGS istniał tylko w świecie akademickim. Stąd idea MNM’u była taka, żeby tą wielką dziurę zakopać.

Sama realizacja pomysłu założenia firmy zaczęła się po śmierci mojego taty w grudniu 2017 roku. To był dla mnie bardzo silny, emocjonalny bodziec do zostawienia wszystkiego, czym się zajmowałem w tamtej chwili i pójścia za ciosem. Tak więc formalnie już w lutym 2018 roku istniał MNM.

Na początku skupialiśmy się bardziej na pracy eksperymentalnej, jednak z czasem całkowicie odeszliśmy od tego na rzecz pracy obliczeniowej i Big Data. W tym momencie celujemy w rozwój narzędzi opartych o sztuczną inteligencję, dzięki którym będzie możliwe dopasowanie odpowiedniej terapii dla każdego pacjenta onkologicznego w jak najkrótszym możliwym czasie. Oczywiście wykorzystując przy tym wszystko to, co nauka do tej pory nam pozwoliła odkryć.

KP: Jak doświadczenie zdobyte w Oxfordzie wpłynęło na to, co obecnie robisz?

PZ: Całe 7 lat w Oxfordzie zajmowałem się DNA i jego naprawą. Gdyby nie to, nie byłbym w stanie założyć takiej firmy jak MNM, która zajmuje się odczytywaniem, interpretowaniem i rozumieniem DNA. To jest fundament, na którym rozwija się cała firma. 

Poza tym nauczyłem się, jak zespolić pracę i naukę ze sobą. Bardzo dużo wniosków wyciągniętych z moich obserwacji w kwestii budowania i zarządzania organizacją wyniosłem właśnie z Anglii. Innowacja polega na tym, że w jednym miejscu uczysz się rzeczy, które bardzo dobrze działają po to, by wykorzystać je później do innych celów. 

KP: Wcześniej nie posiadałeś doświadczenia w branży biznesowej, do wszystkiego musiałeś dojść sam. Co Twoim zdaniem jest najważniejszym fundamentem w budowaniu dobrze prosperującej firmy? 

PZ: To prawda, jednak wiele nauczyłem się podpatrując moich kolegów z laboratorium. Kiedy ja robiłem postdoca, oni zakładali swoje własne startup’y i chociaż formalnie w nich nie pracowałem, byłem bardzo mocno zaangażowany w ich rozwój. Nawet pamiętam, przy którym stoliku podczas lunchu pomagałem im robić analizę rynku : ) To było doświadczenie tych wczesnych faz rozwoju firmy, jak powstaje i jak zaczyna działać, więc to bardzo mi pomogło. 

Żartobliwie mogę też powiedzieć, że chyba odziedziczyłem dar do biznesu po moim ojcu. On też założył swoją firmę, jeszcze w czasach PRLu. Nie była ona zbyt duża, ale prosperowała całkiem nieźle. Jednak on miał coś takiego w sobie, że świetnie sobie radził – i wiele osób uważa, że ja także taki jestem. 

Jeżeli chodzi o fundament firmy to mam pewne swoje spostrzeżenie. Większość biznesów akademickich otwiera się wtedy, kiedy ktoś coś odkrył w laboratorium i chce to skomercjalizować. I to moim zdaniem nie jest dobra strategia, ponieważ w pewnym momencie pojawia się pytanie “i co teraz?” – a to już samo w sobie przesądza koniec firmy. Drugim częstym problemem jest otwieranie firmy dla pieniędzy. Co prawda w świecie handlowym to ma sens, jednak w naukowym taka firma musi się spalić. Do takiej organizacji wybiera się również specyficznych ludzi, którzy wraz z pojawieniem się problemów będą bardzo szybko się ewakuować. 

To co my zrobiliśmy, to było założenie firmy z zamysłem zmiany świata. Nasza misja jest bardzo prosta – diagnostyka całogenomowa dla każdego pacjenta. I do nas trafiają tacy ludzie, którzy chcą w tej misji uczestniczyć. 

Tym fundamentem jest zatem to, z czym startujesz. Jeżeli zaczynasz z czymś sensownym i głęboko w to wierzysz, to wszystko naturalnie się dalej układa.

KP: Jak oceniasz rozwój firmy na przestrzeni tych 3 lat? Co uważasz za Wasz największy dotychczasowy sukces?

PZ: “Rollercoaster” albo “bumpy ride” : ) – tak bym to nazwał. Obecnie wiemy już, że jedyną stałą jest zmiana. W tym przypadku jest ona tak szybka, że dla niektórych z nas może być wręcz niekomfortowa – ale nie ma innej możliwości. 

Gdybym miał wyróżnić dwa największe osiągnięcia to byłby to zdecydowanie zespół oraz umiejętność szybkiego uczenia. Uczenie się to dla mnie często KPI (z ang. Key Performance Indicator, kluczowy wskaźnik efektywności – przyp. autorki)

numer jeden, co przy podejmowaniu decyzji niektórym może wydawać się nieintuicyjne, ale na takim etapie, na którym jest firma – tj. etapie tworzenia fundamentów – jest to niezwykle ważne. Uważam, że fundament naszej firmy jest solidny i to napawa mnie optymizmem, kiedy patrzę w przyszłość na nasz dalszy rozwój.

KP: Gdybyś mógł powiedzieć coś Pawłowi sprzed 3 lat – co by to było?

PZ: Właściwie to za wiele bym mu nie mówił, żeby, paradoksalnie, zbyt dużo nie zepsuł. Wiedza, którą posiadam obecnie, raczej utrudniłaby robienie rzeczy na wczesnych etapach. Oczywiście, kilka rzeczy bym zmienił, m. in. szybciej przestałbym robić eksperymenty, zwróciłbym też uwagę na to, o czym już mówiłem – czyli to, jak istotne jest uczenie się całego zespołu. Przyznam, że to, jako postulat, pojawiło się relatywnie późno. 

Nie dawałbym jednak gotowych rozwiązań – problem z nimi jest taki, że sprawdzają się one tylko w jednym, konkretnym ekosystemie, a ten zmienia się tak szybko, że w zasadzie najlepszą radą jest to, aby umieć się odnaleźć w zmiennym środowisku i dużo się uczyć.
A także, oczywiście, wierzyć w siebie – chociaż tego akurat nie brakowało mi ani wtedy, ani teraz ; )

KP: Czego byś sobie i firmie życzył na kolejne lata?

PZ: To proste – życzę nam tego, żeby już niebawem mówiło się o tym, że nasza najlepsza konkurencja zrobiła fajne rzeczy – ale potem pojawił się MNM Diagnostics i to dopiero jest “WOW”!

KP: Czy możesz nam zdradzić, jakie są plany na najbliższy rok?

PZ:  W działalności firmy pojawiają się naprzemiennie okresy skupienia i rozszerzania – my obecnie jesteśmy w fazie skupienia, a nasze dwa priorytety na tę chwilę to: rak piersi oraz działalność w Stanach Zjednoczonych. Koncentrujemy się na przekonaniu ludzi, żeby korzystali z rozwiązania, które stworzyliśmy dla raka jajnika, rozwijaniu rozwiązań dla raka piersi, a od wakacji znów wejdziemy w fazę rozszerzania naszej działalności. I nasza działalność w USA – odmienność rynków sprawia, że będzie to bardzo duże wyzwanie, zwłaszcza dla mnie.

KP: Coś, na co wszyscy czekają, a nikt o tym nie wie, czyli ciekawostka o Pawle!

PZ: Mówiąc zupełnie szczerze – mam takie poczucie, że w czasie wolnym jestem dość… nudnym człowiekiem – w weekendy jeżdżę na wieś do mojej mamy, rąbię drzewo, jeżdżę na ryby, pracuję w ogrodzie… Myślę, że działa to na takiej zasadzie, że mając dużo emocji
w pracy, nie muszę szukać ekscytujących pasji poza nią. 

Ciekawsza za to była moja ścieżka edukacji – w drugiej i trzeciej klasie liceum chciałem być artystą, miałem nawet swoją ciemnię
i chciałem złożyć papiery na Akademię Sztuk Pięknych. Ostatecznie jednak do tego nie doszło, bo obejrzałem program, w którym pokazywano trójwymiarową strukturę białka. I to był właściwie moment, w którym moje życie zostało zdefiniowane – w wieku lat szesnastu, po obejrzeniu tego materiału, wiedziałem już, że muszę pójść na biotechnologię. Po drodze pojawił się jeszcze co prawda “plan B” w postaci marynarki wojennej, ale jednak, skończyłem studia na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza. Później z kolei nie chciałem robić doktoratu, ale wtedy pojawiła się możliwość robienia go na Wydziale Chemii, Biologii i Fizyki jednocześnie. I gdyby nie ten konkretny doktorat, to możliwe, że zostałbym nauczycielem… 

Mam w sobie też coś takiego, co sprawia, że skłaniam się ku podejmowaniu większego ryzyka niż inni ludzie. Według mnie tylko w taki sposób można robić rzeczy, które ja nazywam “legendary”. Co prawda wiąże się to także z ryzykiem posiadania “legendary” problemów,  ale do tej pory rzeczy się dzieją i udają, i są optymalizowane pod sukces.