Dość niedawno badacze nowotworów zorientowali się, że w chromosomach niektórych guzów dzieje się coś bardzo niepokojącego. 

Poza „klasycznymi” naddatkami i brakami w pewnych rejonach genomu zdarza się czasami tak skomplikowana zmiana, że trudno ogarnąć, z których chromosomów się wywodzi. Cytogenetycy metodami mikroskopowymi przez lata opisywali takie cuda jako „chromosomy markerowe”, nie potrafiąc określić ich topografii. A potem pojawili się genomicy i wcale sprawy nie rozwiązali, a zagmatwali ją jeszcze bardziej. Ukuli nowe terminy, takie jak „chromopleksja”, „chromoanasynteza” i „chromoanageneza”, które opisują, najprościej rzecz ujmując, chromosomalny bajzel. Oto bowiem z powodu błędów mitotycznych (o nie do końca wciąż znanym mechanizmie) jedna (lub kilka) chromatyd zostaje poszatkowana na kawałeczki, a potem naprędce posklejana w dowolnej kolejności. Nowy twór jest pełen błędów – unieczynnionych genów i zaburzonych wzorców ekspresji. Nic więc dziwnego, że zjawiska chromoanagenezy są traktowane jako jeden z potencjalnych inicjatorów transformacji nowotworowej. 

Więcej o tych zjawiskach dowiecie się z pracy Pellestor i wsp.

Zdjęcie psa w bałaganie